Jak informuje Sport.pl, Kinga Stanaszek w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Onet opowiedziała o realiach pracy wolontariuszy przy konkursach skoków narciarskich podczas igrzysk w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo, pisze Bytow24.
Problemy z akredytacją i organizacją
Stanaszek zgłosiła się jako wolontariuszka we wrześniu 2024 roku. Wymagania były minimalne – podstawowa znajomość języka włoskiego lub angielskiego. Przydzielono ją do zawodów w skokach narciarskich.
Największe trudności pojawiły się już na miejscu, gdy okazało się, że jej nowy dokument nie został poprawnie wprowadzony do systemu.
W relacji opisała sytuację:
- W sierpniu zmieniałam dokumenty, ale od razu dostarczyłam im nowe skany. Ktoś z organizacji zapomniał to wgrać i przepuścić przez kontrolę ministerstwa. Już na miejscu dowiedziałam się, że nie wiadomo, ile to wszystko zajmie. Usłyszałam też, że mam codziennie dojeżdżać do Tesero i dopytywać o sprawę, bo nikt nie będzie do mnie dzwonił. Na szczęście trwało to trzy dni, ale na początku nie dostałam gwarancji, że w ogóle wejdę na skocznię –
Przez pierwsze dwa dni pracowała bez akredytacji. Podobna sytuacja dotyczyła nawet lidera jej grupy.
Wolontariusze otrzymywali:
- stroje organizacyjne,
- darmowy transport między obiektami,
- jeden posiłek dziennie podczas pracy.
Zakwaterowanie musieli opłacić sami.
Chaos proceduralny i reakcja Prevca
Stanaszek zwróciła uwagę na brak doświadczenia części włoskich wolontariuszy oraz niedociągnięcia techniczne.
Wspominała m.in.:
- Mój menedżer pierwszego dnia zapytał podczas pierwszego oficjalnego treningu, czy zawodniczki mogą skoczyć sobie tyle razy, ile chcą –
Problemy dotyczyły także infrastruktury. Na górze skoczni nie działał internet, nie było drukarki, a do kontroli czipów wykorzystywano prywatne telefony.
Sytuacja stała się poważniejsza, gdy jeden z wolontariuszy zapomniał sprawdzić czip Domenowi Prevcowi. Interweniowała inna wolontariuszka oraz sam zawodnik.
„Nie jest tu od myślenia, tylko robienia”
Polscy wolontariusze, mający doświadczenie z zawodów w Zakopanem i Wiśle, często orientowali się w procedurach lepiej niż gospodarze. Jednak – jak relacjonuje Stanaszek – ich uwagi nie zawsze były mile widziane.
W rozmowie padły słowa:
- Raczej traktują to jako ciekawostkę, a i tak robią po swojemu. Najczęściej pada odpowiedź, że to są Włochy, więc tu się robi po włosku. Widzą, że znamy się z zawodnikami, ludźmi z FIS, ale podkreślają, że to ich teren i, że oni mają pierwszeństwo. Traktują to nie jako pomoc, tylko panoszenie się. Gdy jedna koleżanka sugerowała, że pisanie numerów startowych na torbach, które są podpisane nazwiskiem, nie ma sensu, usłyszała, że nie jest tu od myślenia, tylko robienia –
Igrzyska w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo potrwają do 22 lutego.
Przypomnij, że wcześniej pisaliśmy o problemach sprzętowych, które przekreśliły szanse Januszyk na półfinał olimpijski w skialpinizmie.